Tagi

, , , , , ,

Maść czarownic, maść latająca. Cudowny specyfik o makabrycznym składzie pełnym krwi, nikczemności i trucizn. Co prawda, to prawda.  W składzie nie znalazło się  „poświęcenie”, a powinno, ponieważ przygotowanie i używanie tej maści wymaga nie lada poświęceń, a „odwaga” najwyraźniej była niepisanym składnikiem każdego produktu czy też rytuału wiedźmy, dlatego również o niej nie wspomniano. Drogie Panie i drodzy Panowie – to nie kremik na piegi, ani nawet na miłosne igraszki (chociaż różnie to bywało u tych starych, żwawych czarownic). To potężny… narkotyk.

Szczypta historii…

Maść czarownic była stosowana przez nie by przemieszczać się w tylko im znane miejsca na miotłach, a tam spotkać się i współżyć z Szatanem. Tak przynajmniej rzecze nam historia, sama w sobie zapisana przez Kościół, któremu bardzo nie w smak były takie igraszki, szczególnie że nie mogli ich uchwycić, uporządkować, ani pojąć. Człowiek od zarania dziejów tępił to, czego nie znał, a co budziło w nim strach – np. magię, którą ciężko okiełznać i wytłumaczyć używając logiki. Chociaż ci sami ludzie, którzy tępili czarownice powołując się na logikę, sami mieli z nią nieco problemu – przynajmniej tak wynika z moich historycznych obserwacji i psychologicznego wykształcenia.

masc_czarownic

Dzisiaj mamy trochę więcej oleju w głowie (czy na pewno?) i potrafimy posłużyć się techniką tak, by dotrzeć do faktów, które nie zostały jasno przekazane na kartach historii. Tajemnica tak samo nas przeraża, jak i pociąga, więc staramy się ją odkryć. Poznajmy tajemnicę maści czarownic, od praktycznej strony, zdecydowanie mniej romantycznej i poetyckiej.

Specyfik ów wytwarzano przy użyciu silnych, ziołowych środków psychoaktywnych (dawniej swoją „fazę” można było zebrać po drodze na targ lub polowania), mieszano z tłuszczem, rozprowadzano po ciele w miejscach, gdzie skóra była cieńsza. Pod kolanami, pachami, w pachwinach… I tutaj powoli zbliżamy się do klucza tajemnicy. By maść lepiej działała, czarownice chwytały za miotły (!), by na nie wsiąść. Okrakiem. Co wrażliwszych czytelników przepraszam najmocniej, jednak co tęższe umysły zapraszam do dalszego zgłębiania tajemnicy. Otóż trzonek miotły smarowano maścią i wprowadzano go do pochwy, by tam wchłonęła się i dała mocniejsze efekty. Stąd być może wzięło się wsiadanie okrakiem na miotły i stosunek z Szatanem. W końcu jego przyrodzenie było opisywane jako chłodne i twarde jak żaden członek – miotła? Resztę dopełniały psychoaktywne trucizny: pokrzyk wilcza jagoda, bieluń, lulek czarny, czasem mandragora, innym razem jad ropuchy. Pozostałe składniki (krew nietoperza, smalec z noworodka itp.) służyły 1) przerażeniu potencjalnych pytających i odstręczeniu ich od użytkowania maści 2) pogłębieniu wrażenia magii Szatana. Wszyscy praktykujący choćby prostą magię ochronną wiedzą jak ważne są ceremonie. To one tworzą prawdziwą magię.

Garść prawdy… czyli składniki i ich działanie

Skoro już mamy historię, dorzućmy trochę faktów o składnikach maści, poczynając od ich wyliczenia…

  • pokrzyk wilcza jagoda (owoce lub liście)
  • bieluń (wszystkie części, najpopularniejsze były liście)
  • lulek czarny (liście)
  • mandragora (liście, korzeń)
  • krew nietoperza
  • tłuszcz noworodka
  • jad ropuchy

Wyżej już napisałem, że krew nietoperza oraz wszelkie dziwne składniki, które odnajdziecie w przepisach (różnorodnych) na maść czarownic służą efektowi, nie wykazując samodzielnego działania. Dawniej magia, by była skuteczna i groźna musiała odznaczać się paskudnością i osobliwością. Wymagała odwagi i poświęcenia (nie tylko żywych istnień, ale także swojego nosa, skóry, przytomności, dobrego imienia). Tłuszcz był jednak niezbędny, ale niekoniecznie musiał należeć do noworodka, co zaraz pojmiecie. Czarownice rozbierały się do naga, by nasmarować się maścią (zupełnie jak Małgorzata, lecąc w siną dal na miotle, a kończąc naga u Wolanda). Tłuszcz miał chronić je przed wyziębieniem ciała. W istocie bowiem cała tajemnica maści  polega nie na tym, że ciało podrywa się z miotłą do góry, a na tym, że doświadcza się stanu OOBE czyli projekcji astralnej z silnymi uczuciami eksterioryzacji (przebywania poza materialnym ciałem). Praktykując OOBE należy dobrze zadbać o ciało – okryć je kocem, podgrzać pomieszczenie. Kocem dla czarownic był ów tłuszcz zawarty w maści. Może powstać pytanie dlaczego tłuszcz, nie koc? Cóż, to bardzo proste. Pozostałe składniki maści, wymienione powyżej to silne substancje psychoaktywne z rodziny psiankowatych, zawierające atropinę ( i nie tylko…). Działanie tej maści było więc silnie pobudzające – natknąłem się w sieci na anegdotki o tym, jak działa to na dzisiejszych ludzi, np. naukowców, którzy eksperymentowali z maścią.

Niecałe 100 lat temu niemiecki etnograf Will Erich Peuckert postanowił wypróbować na sobie przepis na tzw. maść czarownic, który pochodził jeszcze ze średniowiecza. Zgodnie z przekazami kobiety smarowały nią kij albo twarz i ciało, a potem unosiły się w powietrze. W maści znajdował się wyciąg z lulka czarnego, bielunia dziędzierzawy, tojadu, pokrzyku wilczej jagody i maku lekarskiego. Naukowiec opisał swoje wrażenia w następujący sposób: „Najpierw przed moim obliczem tańczyły straszliwie wykrzywione ludzkie twarze. Potem nagle doznałem uczucia, jakbym bardzo daleko leciał w powietrzu. W końcowej fazie zobaczyłem wreszcie obraz orgiastycznego święta z groteskowymi zmysłowymi ekscesami”

d49e04dd0002321a4fed2cf1

Podstawowy zestaw objawów, z których nie każdy musi wystąpić to:

  •  pobudzenie
  • wielomówność
  • euforia
  • spazmatyczny płacz lub śmiech
  • gonitwa myśli
  • zaburzenie koordynacji ruchów
  • majaczenie
  • halucynacje
  • napady szału

Pół łyżki użyteczności… czyli dlaczego nie warto stosować psychoaktywnych ziół

Nie lubię moralizować w ten sposób, ale sam byłem zainteresowany stworzeniem takiej maści, dopóki nie zrozumiałem, że to ryzykowne i mija się z celem. Znalazłem nawet dostawcę nasion na allegro i pewnie jeszcze pomyślę nad kupnem, choćby dlatego, że moim marzeniem jest szklarnia zielarska (kto nie chciałby samodzielnie hodować ziół rytualnych?). Chętnym podam adres www, ale najpierw przeczytajcie do końca wpis.

Maść może wydawać się użyteczna, gdy pragniemy nauczyć się OOBE lub LD. Jednak! Pamiętajmy, że zawarta w ziołach atropina skutecznie uniemożliwi spokojne projekcje. Ona pobudza, a do projekcji potrzeba wyciszenia. Do LD potrzeba nawet snu, lekkiego i barwnego. I oto pierwszy powód.

Przygotowanie maści jest bardzo trudne, jeśli chcemy pozostać bezpieczni i pewni tego, że nie doznamy krzywdy. Dlaczego? Choćby dlatego, że zawartość atropiny może być różna w każdym liściu danej rośliny z w/w. W jednym może być nadmiar, w innym niedosyt. Wszystko zależy od hodowli, warunków, kraju… A pozostałe warunki to twój wiek, masa ciała, schorzenia, alergie, podatność na atropinę… To skomplikowane, chociaż dla niektórych może być znikomą przeszkodą.

I ostatnie, ale jednak ważne. Ucząc się OOBE i LD na środkach psychoaktywnych (czy to maści czarownic sporządzonej w domu, czy narkotykach zakupionych od kogoś) nie posiądziesz tej umiejętności na stałe. Właściwie nie nauczysz się jej w ten sposób. Odbędziesz zapewne barwną podróż, będziesz miał co zapisać w swoim duchowym dzienniku, jednak… Projekcje polegają na kontroli świadomości. Brak kontroli jest drogą na skróty, nie uczeniem się. Lepiej więc męczyć się nawet kilka lat, ale umieć, niż zdobyć narkotyk i odbyć kilka podróży, drogich i ryzykownych.

Maść czarownic według Edain McCoy

Przepis zaczerpnięty z książki „Projekcja astralna dla początkujących”, wydawnictwa Studio Astropsychologii:

Latająca maść nieposiadająca właściwości psychoaktywnych Do jednej filiżanki bezzapachowego olejku* dodajcie którykolwiek lub wszystkie poniższe składniki. Następnie tuż przed próbą projekcji astralnej wetrzyjcie sobie miksturę w ciało. 1 łyżeczka ugniecionej bielicy pospolitej 1/2 łyżeczki suszonej natki pietruszki 1/4 łyżeczki ugniecionej kocimiętki właściwej 1/2 łyżeczki sproszkowanego kłącza kosaćca 1/8 łyżeczki sproszkowanego mastyksu 1 lub 2 szczypty ugniecionego lub sproszkowanego wawrzynu szlachetnego 1 szczypta sproszkowanego tymianku* 1 szczypta sproszkowanego korzenia waleriany 1 lub 2 krople olejku jaśminowego i/lub 1 lub 2 krople olejku różanego *Nie używajcie więcej tymianku, niż jest to wskazane. W przeciwnym razie może podrażnić skórę. (przyp. autorki)

Uważam, że to dobry przepis, ale nim go wypróbuję odświeżę swoją wiedzę zielarską, na temat nie chemicznych zastosowań ziół (jak w przypadku starej maści czarownic), a zastosowań magicznych! Wiedzą tą podzielę się na blogu, kontynuując temat maści czarownic, tudzież już latającej maści do OOBE  i LD.

783154f640

Refleksje końcowe od wieduna

Podsumowując cały temat maści czarownic mam dla was radę, sentencję i naukę.

Maść czarownic znana przed wiekami to czysta chemia. Nie widzę tu prawdziwej magii, jedynie naukę i zdanie się na narkotyki. Bardziej przemawia do mnie nawet przepis Edain McCoy, niż przepis średniowieczny (może nawet starszy). Prawdziwa, skuteczna i doskonała magia tkwi zarazem w prostocie i emocjach. Prosty składnik, wsparty atmosferą rytualną to potęga. Magię tworzą ceremonie, nie nauka. Więc nauka dla Was jest taka, drodzy czytelnicy: Poświęćcie swój umysł magii, nie swoją wątrobę truciznom.


* przypis wieduna: jojoba, olejek migdałowy, ylang-ylang, olejek ryżowy – mają neutralne zapachy bądź są bezzapachowe.

Reklamy